Miałem kiedyś taki zwyczaj. Kiedyś to dziwne słowo. Tendencyjne tak bardzo jak wiadomości na publicznej jedynce. To może być wczoraj, a może być dziesięć lat temu. Cóż, umówmy się, że pozostanę przy kiedyś. Miałem więc taki zwyczaj, że pisząc (jeszcze wtedy dużo i obficie) zapisywałem sobie co lepsze myśli. Tak trywialnie, na papierze. Bo czasy były takie, że szczytem techniki i lansu był fiński telefon z wężem w środku i kolorową obudową na zewnątrz. Myśli nie wiedziały czy są lepsze czy gorsze, przesiadywały na różnych kartkach, w kalendarzach i luźnych świstkach i, domyślam się, ze łypały na siebie z zazdrością, niczym niski patrzy okiem zbielałym na wysokiego.

Również kiedyś, wiedziony doświadczeniem (albo lenistwem) przestałem zapisywać każdą wyprzecinkowaną myśl, wychodząc z założenia, że jeśli jest dobra, to będę o niej pamiętać. Choćby się wierciła, do palców pchała i neurony kąsała zębem ironii, to powiedziałem, że jej zła się nie ulęknę, nie zapiszę się znaczy, tylko siądę do niej gdy uznam to za stosowne. I tak trwałem w postanowieniu, notując coraz mniej i pisząc w zdecydowanie mniejszych ilościach. Bo zapominałem, choć prężyła się taka myśl niczym samotne blond dziewczę na miejskiej dyskotece, choć mrugała mi okiem, to ulatywała gdzieś, popychana następną, lub czymś zupełnie innym. I mówiłem sobie, wiedziony doświadczeniem (albo lenistwem), że tak ma być, że nic nie była warta oraz, że to zła myśl była.

Postarzawszy się trochę (to wciąż kiedyś, choć trochę też i dziś), zainwestowałem w porządne miejsce do spisywania, bo przecież wciąż coś tam spisywałem. A to puenta mnie naszła znienacka niczym mandat z drogówki, a to ktoś mnie zainspirował, neuron podsycił i ząb ironii naostrzył i bach, mogłem sobie otworzyć notes porządny, zapisać, naskrobać. Notes porządny, gładki, piękny, wartości niejednej dniówki brutto zapracowanej osoby, być może tego dziewczęcia, co to się puszyło paragraf temu. I pióro miałem, za wcale nie mniejsze fundusze, do którego wzdychałem, zamiast używać. I notes ten, smukły, śniady, z przeznaczeniem zapisanym na grzbiecie, zaczął być świadkiem mojej umysłowej i kreatywnej impotencji, zamiast nosić brzemię moich neuronów.

Kiedyś (to musi być najbardziej uniwersalny zaimek Wschodniej Europy) stało się nieuniknione: węże wyszły z komórek ustępując miejsca notesom. Myślisz, wyciągasz, odblokowujesz, odszukujesz, włączasz, czekasz, piszesz, dodajesz zdjęcie, publikujesz; proste prawda? Tworzysz coś, a konkretnie nie tworzysz nic. Myślową biegunkę złożoną z całej zgrai zer i jedynek, która ujrzy dzienne światło o ile ktoś zapłacił rachunek za prąd.

I kiedy przyszło mi do Autorowej głowy, że już prościej nie będzie, to wtedy coś stanęło przede mną, zagrodziło mi drogę umysłową, niczym manifestacja na ulicy z okazji niewiadomoczego. Gapiąc się w pusty ekran, w bladość cyfrowej na nim kartki papieru, nie byłem w stanie nic skleić, wystukać ani jednego symbolu ani przecinka. Coś wciskałem, coś pisałem, by potem beznamiętnie gwałcić przycisk backspace, bo wciąż coś było nie tak. Bo wstęp nie taki, bo puenty wciąż nie ma, bo to, bo tamto, bo zimny wieje wiatr. Stałem się zakładnikiem ilości znaków, czasu czytania, więźniem pustostanu moich zdań wielokrotnie złożonych. Głowiłem się, rozdrabniałem, rozpraszałem niczym kichnięcie w autobusie, zamiast po prostu usiąść na pośladkach rzeźbionych czekoladą oraz burgerem i po prostu napisać coś od pierwszej dużej litery do ostaniej kropki.

Aż do dziś, kiedy wystarczyło usiąść, napisać, poprawić, wyszukać zdjęcie, które zrobił Luis Llerena, następnie przeczytać, skrócić, poprzestawiać i wysłać do opublikowania. Tak po prostu. Jak zawsze. Jak kiedyś.

Do następnego!

Wytłumaczę się w kilku słowach. Po ponad roku (!) przerwy czuję się, jakbym wchodził do obcego domu, a przecież tak nie jest. Znamy się, prawda? Nie pisałem, nie dzwoniłem, nie wysyłałem kartek, ale jednak cały czas myślałem. I czasami myślałem za bardzo, aż pojawiał się stres i myśl, że przecież muszę. A tak się składa, że ze wszystkich rzeczy na Ziemi pisać to ja akurat wolę chcieć zamiast musieć.

TATA-W-PRACY-FACEBOOK-BLOG-SHARE

Tata w pracy

napisał Dariusz Droździk

Ktoś sobie wymyślił, żeby dzień pracy trwał od 9 do 17. Przypadek sprawił, że to akurat wtedy jesteś najbardziej aktywna. 8 godzin dziennie oglądam Ciebie na ekranie telefonu bądź komputera. Przez 40 w skali tygodnia tęsknię i wyczekuję, by nie zmarnować ani jednej minuty weekendu.

Fermoy

Możesz tego, przecudnej urody, Czytelniczko nie wiedzieć, ale tu, gdzie teraz jestem cisza jest jak makiem zasiał. Nie nocna, ale uwierz mi, że głos się rozchodzi. Co ja piszę – taka cisza, że słyszałbym głos z Litwy. Siedzę sobie w podmurowanym, świecą się z daleka pobielane ściany. Świecą się, bo jest czysto. Czysto, cicho i ciepło. Jesteś już obok mnie? Czy widzisz to samo co ja? Czy też podoba Ci się to leniwe światło, bijące od ustawionej w rogu lampy. I cóż, że ze Szwecji ta lampa?

na-drugą-nóżkę-#25

Jak bardzo zajęte były Twoje uszy?

Koniec roku, sezon zestawień i podsumowań. Jedno z nich oferowane jest przez Spotify o ile korzystamy z tego serwisu, rzecz jaśniutka. Dzięki stworzonemu raportowi wiem, że na słuchawkach wisiałem ponad 166 godzin, mój ulubiony artysta to Nature Sounds a album zaś Calming Ocean Waves w wykonaniu Nature Sounds. Czy należy się o Autora martwić? A gdzie tam! Sztuczny ocean doskonale wyciszał Ingę do snu. Ot co!

Year in Music

na-drugą-nóżkę-#24-droździk-bloguje

O której godzinie chodzisz spać?

Nie, to nie jest tani sposób na podryw. Naukowcy udowodnili coś, co Autor już dawno wiedział. Inteligentni ludzie późno chodzą spać. Uaktywniałem się pod wieczór odkąd pamiętam a inteligentny byłem od zawsze. Ale dopiero teraz, kiedy padam na twarz już o 22 ktoś zrobił na ten temat badania.
Intelligent People All Have One Thing In Common: They Stay Up Later Than You

na-drugą-nóżkę-droździk-bloguje

Dawno się, przecudnej urody Czytelniczko, nie widzieliśmy, prawda? Ty wypiękniałaś, mnie pogorszył się wzrok i narodziła mi się Córeczka (kolejność przypadkowa). Powiadają, że równowaga w przyrodzie musi być. W przyrodzie Autora także. W każdej rodzinie zdarzają się tarcia, trzaski i rozstania. dziń dybry oraz na drugą nóżkę – nierozłączna dotychczas para moich dzieci popadła w niebyt. Dziś nadszedł czas, by wybrać jedno a drugie pogłaskać po głowie, wcisnąć baton w dłoń i pomachać na do widzenia. Następnie upewnić się, czy rzeczywiście zniknęło za rogiem. Ale Ty jesteś piękna, pisałem Ci to już? Dzięki temu zabiegowi bilans mych dzieci znów wychodzi na przysłowiowe 0.

MOJA-CÓRECZKA-DROŹDZIK-BLOGUJE

Uniosłem do góry dłoń, by przetrzeć „spocone” oczy i, nim ją opuściłem, minęło 7 miesięcy odkąd jesteś na świecie. Kiedy bohatersko pierwszy raz zmieniłem Ci pieluszkę dałbym wiarę, że w pokoju było z 50 stopni, choć jeszcze przed chwilą drżałem z zimna i niewyspania. Następnie wziąłem Cię na ręce, Ty zasnęłaś a ja nie miałem zamiaru nikomu Cię oddać. Przeważnie wygadany, nie mogłem znaleźć słów by opisać dumę, jaka napawała mnie gdy po raz pierwszy prowadziłem wózek razem z Tobą. Ten stan „niewygadania” trwa do dziś.

o czytaniu - droździk bloguje

Wciąż staram się dużo czytać, choć nie ukrywam, że pojawienie się na świecie Ingi trochę zmieniło moje nawyki. Na moim Kindle piętrzą się archiwalne wydania Polityki, którą subskrybuję. Zaległości dochodzą już do 9 tygodni, czyli czasu, kiedy pojawiła się moja mała Córeczka. Trochę więc żyję w przeszłości 😉 Usilnie staram się więc czytać choć jeden artykuł rano czy kiedy tylko mam chwilę.

droździk bloguje

Po 9ciu miesiącach oczekiwania z krzykiem oznajmiłaś, że 8 czy nawet 7 godzin snu to za dużo. Nie spodziewałem się, że tak małe płuca mogą wydać tak intensywny dźwięk. Tak samo jak tego, że choć masz małe palce (paluszki!) to zdążyłaś sobie tatę okręcić już wokół nich. Tragizuję, nie płaczesz zbyt wiele, jeszcze długo nie wystąpisz w Surowych Rodzicach.